Gloria victis

Wrz 30, 14 Gloria victis

Eliza Orzeszkowa
Gloria victis
Lato, leciał wiatr światem, słuchał opowiadań wód, drzew i szumiał o wszystkim, co widział i słyszał. Właśnie doleciał do krainy zwanej Polesiem Litewskim. Żaden pagórek, żadne wysokie miasto nie powstrzyma prędkiego wiatru; ciemny las i łąki bezkresne szepcą słowo: tajemnica. Dla wiatru jednak las nie ma tajemnic, są jak dwaj przyjaciele. Leśne gęstwiny opowiadają co widziały. Wiatr przeleciał nad Kanałem Królewskim i dotarł do lasu. Od jego ostatniego pobytu tutaj minęło 50 lat, wiatr wita się z lasem.
„- (…) Co się tu, na tej polanie, działo? Coś osobliwego, coś nadcodziennego dziać się tu musiało! Czuję krew! O! długo, przedługo ziemia wydaje z siebie woń krwi swych dzieci, ludzi! Słyszę jęki! (…) Tu był bój jakiś i tu były zgony! Tu były rany, tętenty koni, krzyki! Mówcie, drzewa kochane, opowiadajcie, mówcie!”
Na polanie znajdował się pagórek usypany ręką ludzką, a na jego szczycie mały krzyż. Drzewa powiedziały, że to mogiła bezimiennych bohaterów pomarłych młodo i w mękach. Dzika róża „co lata, od półstulecia prawie” rzuca swoje płatki na mogiłę, a dzwonki wydzwaniają żałobny pacierz. Wiatr położył się na mogile, prosi drzewa o opowieść, by ponieść ją w dal, czas, pamięć i serca. Zachodzi słońce „zorza wieczorna w purpurze i płomieniach podniosła się za lasem i napełniła światłami pożogi”, opowiada stary dąb:
Przyszli w maju w kilkuset ludzi, rozłożyli obóz; tylko 2. rzeczy mieli jednakowe: czworokątne czapki barwy amarantowej lub polnych chabrów i młodość. Byli młodzi i szczęśliwi. Ze splecionych gałązek zbudowali kilka namiotów: dla wodza, lepszych koni i przyszłych rannych. Dowodził nimi Romuald Traugutt, który opuścił żonę i dzieci, dostatek, spokój i poświęcił się dla świętego imienia wolności: „wziąwszy na ramiona krzyż narodu swego, poszedł za idącym ziemią tą słupem ognistym i w nim zgorzał”. Miał czarne włosy, mądre i smutne oczy, uśmiech dziecka,
a jego dźwięczny głos przypominał głos Leonidasa. „W orężnych sprawach ludzkich biegłym był, biegłość ta w dalekowidztwo wzrok mu zaostrzała, spostrzegł wyłaniającą się zza dnia ofiar i boju potworną, czarną noc”.
Jazdą dowodził Jagmin, pochodzący z niedaleka; sylwetka Herkulesa, twarz Scypiona. W obozie był też m. in. Maryś Tarłowski – lat ledwie 20, wątły, drobny, błękitne, czyste oczy, nieśmiałe
i łagodne jak u dziewczyny. Urodził się daleko stąd, przyjechał do pobliskiego miasteczka z siostrą – Anielką (podobna do brata). Kochali się bardzo, wszędzie chodzili razem. Wkrótce zaczął towarzyszyć im przyszły dowódca jazdy – zupełnie do nich niepodobny: „(…) z postawą wyniosła, silną, i ze śniadym profilem Rzymianina”. Pewnego dnia przyniósł wiadomość o gromadzeniu się oddziału partyzanckiego (za 10 dni w Dziatkowiczach, mieli iść za Kanał Królewski, do lasów horeckich). Mimo wielkiego żalu Anielka nie wzbraniała bratu udziału w powstaniu, Jagmina zaś prosi o opiekę nad nim. „Są ludzie i losy, o których bez spoczynku długo mówić nie mogą takie nawet, jak ja, dęby silne. Dreszcze po konarach mi biegną i na liście występują krople chłodne”.
Opowiada świerk, najwyższe drzewo w lesie:
Widywał walki toczone przez powstańców, ale „ludzkich walk krwawych” opiewać nie umie; cieszył się, gdy powracali żywi i zwycięscy. Dowódca dziękował walczącym, rozpalano ognisko, opowiadano, modlono się i śpiewano hymny „ku Temu, który jest nad gwiazdami”. Raz po powrocie dowódca rozkazał uformować szereg i wywołał Tarłowskiego. W trakcie walki bowiem uratował on „klamrę tę drogocenną, która ich sprzęgała, wiedzę, która ich wiodła, wolę, która ich wolę trzymać umiała w okowach i rozpłomieniać ogniem nadziei – choćby przeciwko samej nadziei” – czyli Traugutta. Ten podziękował chłopakowi publicznie (nazwał go dzieckiem, w którym mieszka lew i dzielnym rycerzem Umęczonej) i wszyscy się cieszyli, oprócz samego bohatera; uważał on, że „do bojów tych stworzony nie był”.
Opowiada brzoza (ma suknię z białej rosy, długie warkocze): dobrze znała młodego powstańca; jego zajmowała miłość do całej nautury. Obok tej była też druga miłość, która przywiodła go do lasu. Jednak gdy inni zbierali się po trudach walki, rozmawiali i wspominali, Tarłowski spacerował po lesie, czym zainteresowali się w końcu jego towarzysze. Maryś wyszukiwał rośliny i owady
i opowiadał o nich kolegom, których zmęczone twarze rozjaśniały się na widok drobnych tworów natury. Późną nocą Maryś rozmawiał z Jagminem; ten rozmyślał o Anielce i sprawie, która ich tu przywiodła. Marzyli o pogodnej przyszłości i bezpiecznej ojczyźnie; rozumieli, że „teraz walka to powinność!…”.
Opowiada dąb: „Aż nadszedł straszny dzień”. Przyjechał poseł obywatelskiej poczty, pan Kalikst (hasło: „Z nadzieją czy przeciw nadziei”), zarządzono naradę (trwała długo), po czym Traugutt ogłosił mobilizację: nadciąga ogromne wojsko (100 strzelb i pik na jedną strzelbę i szablę powstańców) i będzie tu „za godzinę, za dwie”. „Dobrowolni ofiarnicy wysokich ołtarzy” przygotowują się do walki. Odjeżdżający posłaniec wręczył Tarłowskiemu list od siostry (mała, drobno zapisana karteczka tak zwinięta, by ją można było połknąć w razie niebezpieczeństwa),
a ten schował go na piersi – nie zdążył przeczytać, bo oddział już wyruszał. Doszło do starcia. Maryś walczył dzielnie, aż „wtem nadleciało coś mającego w szarym dymie podobieństwo do wydłużonego ciała czarnej pszczoły i w ramię go ugodziło”. Ktoś zaniósł go do namiotu pełniącego rolę szpitala. Namiot ten został po chwili zaatakowany przez wrogów, na pomoc ruszyła jazda Jagmina. „Na ostrzach kilku pik osadzony i wysoko wzniesiony w powietrze mały Tarłowski twarz białą jak chusta wystawiał na rdzawo-czerwony blask słońca”. Przed śmiercią zdołał jeszcze rzucić Jagminowi czerwoną chustę dla siostry. W tym momencie Jagmin ugodzony został kulą.
Wiatr zapłakał. Opowiadają dzwonki liliowe:
Po wielu latach na jesieni przyszła kobieta – Anielka i długo płakała. Przyniosła z sobą mały krzyżyk, który zostawiła na mogile.
Krótko jeszcze dopowiada dąb o tym, że dwie rzeczy były niezmienne: „zawsze stała tu samotność i ciągle płynął nieśmiertelny strumień czasu szemrząc: Vae victis!”
„Wiatr już nie płakał. Rozciągnął się ponad wierzchołkami drzew i na cały głos krzyknął: Gloria victis! Potem uniósł się do nieba i znowu krzyknął: Gloria victis! Opadając ku ziemi, nad polami, wodami, lasami, miastami i wioskami wołał: Gloria victis! (…)”.

Ogniwa
Z bramy ozdobnego domu, w którym trwa zabawa, wychodzi mężczyzna o siwej brodzie, wysoki, lekko przygarbiony. „Ubranie, ruchy, sam sposób, w jaki naciągał rękawiczki, znamionowały człowieka należącego do wyższych warstw społecznych”. Mieszka z córką
i zięciem, ale nie lubi ich salonowych zabaw („rozmów błyskotliwych, lekkich, pustych”)
i wychodzi wtedy. Nie rozumie on już młodych; miał kiedyś „ideały ukochane” – miarę sądu
o rzeczach i ludziach, ale gdy przyłożył do niej córkę, zięcia i wnuki – okazali się oni mali.
Człowiek ten dotarł do dzielnicy miasta, gdzie „nie nędza (…) jeszcze mieszka, lecz ubóstwo bardzo jej bliskie, i jeżeli dostatek, to bardzo skromny”. Nagle zauważył szyld zegarmistrza
i postanąwił tam wstąpić, gdyż przypomniał sobie, że jego zegarek od pewnego czasu wciąż się spóźnia, a on sam nie może sobie z nim poradzić. Zegarmistrzem okazał się stary Żyd; wita on „jasnego pana”. Zegar z kukułka wybija ósmą, zwracając tym samym uwagę pana. Opis zegara: ma kukułkę (jako się rzekło), na cyferblacie pejzaż genewski z fabryką, która już od dawna nie istnieje, jest w stylu empire (złocenia, rzeźbienia, gzymsiki – „delikatna robota”). Panowie zapoznają się,
a z nimi zapoznaje się równocześnie czytelnik: Jasny pan to graf Ksawery ze Strumienicy, a Żyd to „Berek, syn Szymszeka, co w Strumienicy pacht trzymał”.Panowie wspominają: Berek pozował do jakiegoś obrazu siostrze Ksawerego. Ksawery tańczył z wszystkimi dziewczętami, a Berek przyglądał się temu zza płotu.
„- Naturalnie (…) młodość! Razem byliśmy młodzi, mój Berku!
Nie spuszczając z niego oczu Żyd znowu zapytał z cicha:
A teraz?
Teraz! cóż? Jesteśmy razem starzy…”
Zegary wybijają dziewiątą. Berek wspomina rodziców Ksawerego. Rodzice Ksawerego nie żyją, Berka też. „Zegary szemrały: „Tak-Tak”, „Tak-tak”, „Tak-to-tak-tak”, dwaj ludzie milczeli z dusza-mi zatopionymi w szmerze czasu”. Ksawery daje Berkowi zegarek do naprawy. Narzekają na kłopoty ze wzrokiem: „Nasze oczy razem postarzały”. W trakcie naprawiania zegarka posprzeczali się niegroźnie, bo każden wiedział lepiej od drugeigo, jak zegarek naprawić. Koniec końców Berek zrobił po swojemu, a Ksawery przyznał mu rację. Umilkli; ciszę przerwały zegary wybijające godzinę 10. Żyd: „Zegarek to jest piękna maszyna (…). Zegarek to dla człowieka przyjaciel; on
z nim jest, kiedy wesoło i kiedy smutno, on jemu pokazuje, co trzeba o której porze robić, a gada, kiedy nikt do człowieka nie gada, on jego oczy, że czas płynie i że on na tym czasie, jak na wielkiej rzece, też płynie do ogromnego morza…”. Hrabia: „Nigdy nie brakowało mu drogich rzeczy, ale zabrakło nieraz osób drogich”; wspomina śmierć matki: z zegarkiem w ręku badał jej puls; zmarła „5 minut i 3 sekundy po północy”.
Chwila refleksji hrabiego: nie jest dumny, ale wie jaka przepaść dzieli go od Żyda. Miał oddać tylko zegarek do naprawy, tymczasem zasiedział się i wcale nie ma ochoty wychodzić.
Berek mieszka z wnuczką, która dorabia szyciem. Rodzinę ma liczną, kilkoro dzieci, kilkanaście wnuków, ale to wszystko… Machnął ręką. „Jakim sposobem to może być, żeby człowiek miał familię i razem nie miał familii?” – obydwaj znają tę zagadkę. Berek miał tylko 1. córkę, która „nie przestawała nigdy należeć do niego”, ale w handlu jej się nie powiodło i wyjechała z rodziną do Ameryki.
Żyd pyta o siostrę hrabiego: miał on 3 siostry, ale z tą, która malowała Berka, kochali się najbardziej: wyszła za Anglika i wyjechała do Anglii. „Ona dla mnie umarła, chociaż żyje… Cóż robić?” Znowu odzywa się zegar, hrabia pyta o jego cenę, ale Żyd nie chce go sprzedać twierdząc, że to jego przyjaciel. Hrabia nie może uwierzyć: „nie jesteś przecie bogaczem i jesteś Żydem,a Ży-dzi tylko grosz cenią!”. Żyd ma ów zegar blisko 40 lat. Kupił go tanio, by sprzedać drożej w dniu, w którym jego syn, Mosze, przyszedł z chederu smutny, siadł w kącie i powiedział, że żyć nie chce. Wszyscy się zmartwili. Nagle odezwał się nowo kupiony zegar, który rozweselił Mosze. Kupcy na zegar byli, ale „Czy ja mógł wtenczas zegar sprzedać, kiedy mnie Pan Bóg przez niego swoją łaskę okazał?” No i Berek nie sprzedawał zegara też dlatego, by szczęścia nie odwrócić. pewnego dnia Berek ciężko zachorował: martwił się bardzo i o siebie, i o rodzinę, ale gdy słyszał kukanie zegara, czarne myśli zmieniały się na obrazy Strumienicy. Jeszcze 1. historia z zegarem: Kiedy jego córka (Małka) wyjeżdżała do Ameryki, Berek jej nie odprowadzał, bo bał się, że się rozpłacze. Chciał jednak usłyszeć świst pociągu, by wiedzieć „kiedy Małka i jej dzieci już tu przestaną być (…)”. Odliczał czas i patrzył na ten właśnie zegar: „świst rozległ się dwadzieścia trzy minuty po dziesiątej”. „- Mój Berku – rzekł [hrabia] – rozumiem dobrze, dlaczego nie chcesz sprzedać tego zegara. Czytasz ty na nim tak jak ja na swoim – przeszłość”. O 11. rozstali się.
Po kilku miesiącach, wczesną wiosną około południa ulicą miasta przechodził „jeden z naj-wspanialszych i najbogatszych pogrzebów, jakie w tym mieście odbywały się kiedykolwiek”. Okazało się, że to pogrzeb grafa Ksawerego Strumienieckiego. Żyd, do tej pory spokojnie oglądający kondukt, nie może uwierzyć: „On, kiedyściś taki młody był i taki piękny, i taki wesoły, a teraz on umarł? Skąd to wzięło się, że on umarł?” Zaczął instynktownie, bez namysłu iść za trumną, aż wreszcie „Nu, czego on wtedy siedział u mnie kilka godzin; prawie całą noc? Czego on ze mną rozmawiał jak z bratem? Czego ja za tym wozem leciał, jak dowiedział się, że to on na nim jedzie? Czego ja teraz za nim idę?” Tak myślał, dziwił się coraz więcej i jemu i sobie, ale szedł”. Doszedł na cmentarz (za miastem); przypomniała mu się Strumienica. Dziwił się, jak tu doszedł i po co, „ale nie odchodził i czuł, że pomiędzy nim a trumną spuszczaną do ziemi kowal niewidzialny kuł ogniwa niespodziane”. Z miejsca tego zauważył cmentarz żydowski. „Berek oparł łokieć na kolanie, twarz na dłoni i kiwał się powoli to w tył, to naprzód, w takt kowadła, które pomiędzy nim a trumną zasypywaną piaskiem kuło ogniwa niewidzialne. Z cicha mówił:
„Tu jest koniec twój i mój”.
Dwa cmentarze „jedno wspólne niebo skuwało ogniwem wysokim i szerokim”.